poniedziałek, 2 lipca 2012

4

Najbardziej lubię poznawać miasta. Gdy przyjeżdżam autem, staram się jakoś trafić do centrum. Czasami są to drogowskazy, dużo rzadziej GPS, najczęściej po prostu jadę za wszystkimi i zatrzymuję się wtedy, gdy wydaje mi się, że bliżej już nie będzie. Metoda na czuja ma oczywiście swoje wady - niektóre miasta mają kilka centrów życia i można trafić w zupełnie inne miejsce. Ale tak naprawdę to nie ma znaczenia. Miasta są do siebie podobne i jeśli gdzieś jest targ albo widać jakieś zamieszanie przydworcowe lub nagle pojawiają się parkingi nie wiadomo po co, i to płatne, albo gdy budynki z mieszkalnych robią się bardziej publiczne i zabytkowe - wtedy warto się zatrzymać. Wysiąść, pochodzić, popatrzeć, wypić kawę. I być może pojechać dalej. A być może zostać.
Na zawsze, rzecz jasna ;) 

Nienawidzę zaliczać muzeów, zabytków i ważnych turystycznie miejsc. Zazwyczaj nie planuję jakoś trasy, więc jeśli przypadkiem uda mi się obejrzeć lokalną wieżę Eiffla, to dobrze dla wieży Eiffla. Ale zdarzyło mi się już wyjechać z jakiegoś miasta bez ogarnięcia tego, co w przeciętnym przewodniku opisują jako "konieczne" i "naprawdę warto". 

Miasto to dla mnie byt odrębny. Ma swoją duszę, swój klimat, swoje zakamarki. Może być jednorodne albo całkowicie niepodobne do siebie, odmienne w zależności od miejsca, gdzie się wyląduje. Dla mnie najważniejsi są ludzie i budynki. Zabytki tworzą rzecz jasne jakąś historię na osi czasu, ale są jedynie dekoracją. Jak biżuteria na piękniej kobiecie. Lubię patrzeć na ludzi, posiedzieć chwilę na placu zabaw. Lubię przejść się wąską uliczką i zobaczyć, jak gruba pani w podkoszulcie wiesza pranie. Lubię dotrzeć do portu i poczuć zapach - budowlany lub rybny. Czasami tylko turystyczny. Uwielbiam małe kafejki gdzieś na rogu, w których kawę zamawiają tylko tubylcy i to raczej z okolicznych domów. Nie wchodzę w ich świat, ale lubię sobie zerknąć, czasami uśmiechnąć się do jakiegoś lekko nieświeżego pana. Albo uciec pod jego karcącym wzrokiem.



Niektóre miasta są smutne. Na przykład Bruksela. Smutna, zmęczona, niejako sfrustrowana. A na pewno porządnie ułożona i trochę nudna. Ma oczywiście swoje ładnie miejsca, radosne targi i kolorowe dzielnice, ale nad miastem unosi się dziwna energia, niekoniecznie pozytywna, a na pewno nie motywująca do działania. W Brukseli trzeba się zmuszać. 

Inaczej jest w Londynie. Londyn wydał mi się dramatycznie neutralny. Nijaki. Ani pozytywnie dobry lub radosny, ani negatywnie wciągający w ciemną dziurę. Londyn jest tłem dla wydarzeń. Jest światem zastanym i wcale nie zepsutym. W Londynie można iść przed siebie i czuć się jak w filmie - wszystko jest spójne i kolorowe. Ale nie wystarczająco, żeby wydobyć z tego pasję. 

Berlin jest natomiast miastem o bardzo pozytywnej energii. Nawet gdy pada deszcz, ma się ochotę iść dalej i sprawdzić, co dzieje się na następnej ulicy. W Berlinie ludzie są swobodni i wydają się naturalni. Poluzowali krawat, zdjęli szpilki i idą sobie do znajomych, niespiesznie, bo wiedzą, że nikt im nie będzie miał za złe, gdy spóźnią się parę chwil. Berlin pozwala sobie na piwko wieczorem i czasami pali papierosy, chociaż wie, że to nieszczególnie zdrowe. 

Takie dziwne te moje opisy, prawda? 
Miasta wchłaniam jakąś niekoniecznie racjonalną częścią siebie.


   

2 komentarze:

  1. Miasta to byty transcendentne, i choć niektóre prześcigają się w starości i konkurują liczbami, to te prawdziwe po prostu są. Dla mnie wiecznym miastem jest Siena, która potrafi być gorąca i zimna, pędząca i leniwa, pełna pasji i obojętna... Na chłodny rozum to ciasne i przereklamowane miasto, ale jak byłem tam dwa razy, to miałem wrażenie, że każdy kamień ma tam coś do powiedzenia i od tych opowieści aż drżą dłonie... Sieneńskie powietrze dotknęło mojej duszy i na mgnienie pokazało mi ją taką, jaka jest naprawdę. To stanowczo nieracjonalna znajomość :) (Kokos)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj,
    dla mnie miasto,ktore zyje to Amsterdam,Berlin,Barcelona najbardziej....

    pozdrawiam,
    e.

    OdpowiedzUsuń