poniedziałek, 2 lipca 2012

2

Najwcześniejsza moja podróż?
Właściwie to jej nie pamiętam. Została mi opowiedziana.

Miałam z półtora roku, było lato, gdzieś nad Bugiem. Wiem konkretnie gdzie, ale te tereny nie są moje, więc nie będę Was tam wysyłać. Rodzice kupili dom. Domek. Chatę krytą strzechą z dwiema izbami i studnią. I kawalątek ziemi. Spędzaliśmy tam pierwsze wakacje. Rodzice, starsze rodzeństwo i ja. I nasz kochany pies Cyklop, jednooka znajda o wyglądzie skundlonego podpalanego owczarka. Mama próbowała mieć oczy dookoła głowy i pilnować nas, a szczególnie mnie, najmłodszej, ale jak to na wakacjach - może weszła do domu, żeby sprawdzić, czy zupa się nie przypala, a może na chwilę się zamyśliła nad swoimi sprawami. Nie wiem. Dość powiedzieć, że zdołałam sobie pójść. Wzięłam taczkę taką dziecięcą przed siebie, włożyłam do niej słoik z miodem i poszłam przed siebie. Podobno przeszłam całkiem spory kawał drogi, legenda rodzinna mówi, że prawie kilometr. Podobno znalazł mnie pies - Mama wołała "szukaj Maryni, szukaj!". Podobno było mi dobrze, na tej wiejskiej piaszczystej drodze wśród pól, prowadzącej do lasu, nad Bug i nie wiadomo gdzie jeszcze.



Widzę siebie właśnie taką.
Półtora roczna dziewczynka z taczkami i słoikiem miodu.
Idę przed siebie. Jestem w drodze.
Słońce we włosach i błysk w oczach.
I zapewne śpiewam pod nosem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz