piątek, 27 lipca 2012

19

Plan był nieszczególnie skomplikowany, bo ja w czasie podróży nie lubię planować. Podróże to wolność, a planowanie jest jej zaprzeczeniem. Kompromisowo daję sobie prawo do ustalenia tego, co będę robić nazajutrz, ale zawsze pozostawiam sobie margines do zmian. Tym razem plan zakładał wycieczkę do Podgoricy, tam parę chwil, potem pociągiem do Baru, tam również parę chwil i powrót do Budvy, co by spotkać się ze znajomymi. Odległości jedno- czy też dwugodzinne, żaden problem. Sprawdziłam tylko w internecie godziny odjazdów pociągów, bo to nas mogło jakoś ograniczyć, ale spoko, jeżdżą co półtorej godziny do trzech.

Autobus do Podgoricy przyjechał nieco spóźniony, co w sumie nie miało większego znaczenia. Bardziej rozśmieszyło mnie, że w czasie tych 10 minut odjechało 6 autobusów do Herceg Novi. Widocznie w Czarnogórze też lubią jeździć stadami, jak tramwaje warszawskie. Wszystko zgodnie z rozkładem.

Do stolicy dotarliśmy po prawie dwóch godzinach.  Pojazd podobny do tych, które jeżdżą podmiejsko w Wwie - czyli jeszcze jeździ, ale badania technicznego by nie przeszedł. Podejrzewam, że bywają autobusy w dużo gorszym stanie, ale i tak miałam lekki strach, gdy przejeżdżajliśmy serpentynami i hamowaliśmy przed zakrętami.


Podgorica nas przywitała dusznością, luźno zabudowanymi przedmieściami i wieloma napoczętymi budowlami. Bloki wielorodzinne (100-200 mieszkań w każdym, na oko rzecz jasna), budynki przemysłowe i domy jednorodzinne - albo Podgorica przeżywa właśnie intensywny rozwój gospodarczy, albo przepisy są podobne do tych albańskich - tam większość domów ma zabudowane od góry jedno piętro i wystające pręty zbrojeniowe, bo dom bez dachu uznaje się za nieistniejący i nie trzeba płacić podatków. 


Dworzec autobusowy w Podgoricy jest właściwie w centrum miasta, tuż obok kolejowego. Przy wyjściu stoją naganiacze taksówkowi i próbują nas namówić na taksówkę do Baru. Czyżby nie wiedzieli, że pociągowa trasa Podgorica-Bar jest uznawana za jedną z piękniejszych w Europie i że głównie po to tu przyjechaliśmy? Może liczą na naszą naiwność. 


Samo miasto nie jest jakoś bardzo pociągające. Najpierw długa aleja, po obu stronach wysokie budynki, na dole jakieś lokale usługowe. Kojarzy mi się z dowolnym prowincjonalnym miastem w Polsce w latach 90-tych. Wracają wspomnienia, gdy się stało w kolejkach i ciągle spodziewam się Peweksu w kolejnym domu. Dochodzimy do wieży zegarowej (z tego co pamiętam z przewodnika, to jest dość stara, ale jak już wiecie, ja i zabytki...) i zagłębiamy się w nieco przyjemniejszą dzielnicę. Niska gęsta zabudowa, ulice niesymetryczne, kamienne domy, kamienne ulice, w środku mały meczet z białą wieżą przypominającą pocisk (ale one wszystkie tak wyglądają). Wreszcie trafiamy na jedną z sześciu rzek w Podgoricy (chyba największą) i trochę powietrza. Schodzimy w dolinę rzeki, żeby zaraz wejść na górę z drugiej strony - po drodze jakiś kamienny bar i nawet plaża leżakowa nad rzeką. Ładnie tam, tylko pusto. Jest 11ta przed południem. Kierujemy się do ulicy opisanej jako kawiarnianej, która okazuje się być zwykłym deptakiem, z niskimi kolorowymi domami, jakich wiele w Polsce. Nic szczególnego, ale kawiarnie są i dają chwilę wytchnienia przed upałem. I tylko nie potafię zrozumieć, jak to jest możliwe, że po 11tej w kawiarni na 10 stolików zajętych jest 8, z czego tylko przy jednym (naszym) nie ma żadnego mężczyzny w wieku produkcyjnym i reprodukcyjnym. Siedzą panowie, piją kawę, sok i wodę, gadają o pierdołach (przecież to widać, nawet jak się nie rozumie) i przy każdym stoliku jest ich troje, czworo, a nawet sześcioro.  


Stamtąd wracamy już w kierunku dworca, pociąg do Baru mamy o 12h50. Przechodzimy jeszcze przez dwa monumentalne (jak na to miasteczko) place, kamienne, z jakimiś posągami, fontanną i przechodniami, trafiamy zaraz na podgoricką 5th Avenue, gdzie rozpoznajemy niektóre zachodnie marki i nawet wchodzimy do sklepu Crocsa (Crocsy i wielki szklany żyrandol - ładne zestawienie). Już tylko kamienny mostek dla pieszych, parę schodków, jakiś plac w stylu arabskich placów, z taksówkami na środku i brakiem logiki w zabudowie, dwa wysokie bloki z betonowym podwórkiem i jesteśmy z powrotem na alei prowadzącej do dworca. 


Kupujemy bilety w kasie. Pan nie ma rozmienić z 50 EUR, terminalu nie mają (mamy zapłacić 4,80 EUR, ale po dziś dzień nie wiem, czy to było za dwie osoby, czy mój 14-letni towarzysz jechał za darmo). Nie ma rozmienić i nie zamierza się tym przejmować. Pokazuje na migi, że mam rozmienić za rogiem, choć jego koleżanka w drugim okienku właśnie przelicza pieniądze, w tym całkiem sporo banknotów. Nie rozumiem. Idę, rozmieniam, wracam, do odjazdu pociągu na szczęście jeszcze parę minut. Pan się dopytuje o wiek Młodego. Mówię: "Czternaście". Pan nie rozumie. Mówię wiec "Dziesięć i cztery". Pan mówi "Czternaście?". Potwierdzam. 


Trasa pociągowa jest rzeczywiście piękna. Podróż trwa zaledwie godzinę, ale przejeżdżamy przez step czarnogórski (śliczna stacyjka Aerodrom in the middle of nowhere), później wjeżdżamy w małe miejscowości, aż docieramy do jeziora szkoderskiego. Tory prowadzą na nasypie między wodą, jedziemy tunelami, jest uroczo i czujemy się jak w Harrym Potterze. Szkoda tylko, że okna pociągu są tak brudne, że niewiele przez nie widać, a otworzyć da się tylko na jakieś 15 centymetrów. No i ten pociąg pędzi nie wiedzieć czemu tak szybko, że tylko kilka zdjęć wychodzi ładnie. 


W Sutomore jesteśmy już za górami, właśnie zaczął padać deszcz. Jedziemy jeszcze 10 minut wzdłuż morza, deszcz leje, dojeżdżamy do Baru, ale deszcz nie przestaje. Nie jesteśmy z cukru, więc idziemy pieszo do miasta i co chwila trąbi na nas taksówka, bo nie rozumie, jak można tak chodzić, gdy pada. Spotykamy nagle idącą z naprzeciwka Panią, która nas pozdrawia uśmiechem i pyta, skąd jesteśmy. Z Polski. A ona z Macedonii. Śmiejemy się, że deszcz pada, i tylko my chodzimy po świecie. "Bo lubimy deszcz" - mówię, a Pani potakuje, uśmiecha się ponownie i idzie dalej przed siebie. 


Zatrzymujemy się w lokalnym hipermarkecie, bo jednak cukier cukrem, deszcz zrobił się chłodny i zaczyna mi wiać po nogach. Wraz z nami siedzi cała ekipa ludzi, czekających na koniec ulewy, która przedłuża się nie wiedzieć czemu już ponad godzinę. Jakiś starszy pan częstuje wszystkich wafelkami, większość mu dziękuje, ja chętnie biorę i śmiejemy się znowu, że deszcz zbliża ludzi. Siedzimy na murku, czytamy książki (Młody na kindlu, ja na ajpadzie) i czekamy. 


W końcu jednak idziemy przed siebie, chcemy dojść do jakiejś knajpy, napić się herbaty, bo mokre przylegające ubranie nie jest szczególnie przyjemne. Trafiamy do całkiem sympatycznej, mają czaj, nawet zielony, więc jestem zachwycona. Zjadamy spaghetti i po kolejnej godzinie wychodzimy na przystanek autobusowy. Skoro Bar nas nie chce, to i my sobie pojedziemy. Żałuję trochę, bo nie zobaczymy portu przemysłowego i pasażerskiego, a to tam mnie kręciło, ale nie da się zwiedzać w ulewie. 


Na przystanku stoi pan taksówkarz i zachęca nas do jazdy do Budvy jego autem, za 25 EUR. Tłumaczę mu, że wolimy autobusem, a on twierdzi, że te do Budvy wcale tu nie stają, że trzeba się wrócić do dworca. Wysyłam Młodego do knajpy, żeby raz jeszcze dopytał kelnera, czy na pewno stąd pojedziemy do domu. Tak nam powiedział kwadrans wcześniej. W międzyczasie taksówkarz schodzi z ceny do 20 EUR, a na przystanku pojawiają się dwie Rosjanki, które jadą też w tamtą stronę. Do Becici, ale to dwa kroki od nas. Dogadujemy się jakoś. Z taksówkarzem, że pojedzie za 20, z Rosjankami, że każdy płaci po 5. Każdy mówi w swoim języku, ale wszyscy się rozumieją. Młody wraca i potwierdza, że autobus będzie stąd jechał. Ale ja już jestem po słowie :)  Zresztą bilet nie kosztowałby wiele mniej. 


Jedziemy. Jakieś korki po drodze, bo kamienie spadły na szosę w czasie ulewy. I ruch się zrobił, skoro nie można leżeć na plaży. Ale docieramy. Rosjanki małomówne od chwili, gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski. Mnie jakoś też nie ciągnie do rozmów, bo to były takie raczej dyszobaby ze złotą biżuterią. 
Nie chce mi się. 


Wysiadamy przy plaży, słońce wychodzi, Budva odżywa i nareszcie jest przyjemna temperatura. Można oddychać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz