niedziela, 22 lipca 2012

17

Kiedyś Albania była nazywana krainą bunkrów. Dwudziestowieczny dyktator Enver Hodża kazał ludziom je budować wszędzie. Twiedzil, ze pozwolą sie obronić przed atakiem wojsk nieprzyjacielskich, który na pewno nastąpi prędzej czy pozniej. Wojska nie zaatakowaly, demokracja nastala, schrony zostały jakos zagospodarowane, więc dzisiaj nie widać ich tak bardzo. Dlatego śmiem twierdzić, ze dzisiejsza Albania jest krajem myjni samochodowych. Przejechalam wprawdzie tylko jakies 200 km wewnątrz kraju, ale na pewno widziałam ich ponad setkę. Napis LAVAZH był wszędzie wzdłuż naszej drogi i nie chodziło o kebaby na cienkim ciescie. (zamieszcze kilka zdjęć, jak uda mi sie pogodzić ze sobą aparat i iPada)

Pierwsze skojarzenia z tym całkowicie nowym dla mnie krajem? Ciepło, sucho, roślinność raczej grecka niz czarnogorska i bieda. Oraz myjnie samochodowe, salony z autami najlepszych marek, wiele mercedesow i bmw na ulicach oraz brak innych zachodnich marek.

Widzieliśmy trzy miasta. Pierwsze to biedne prowincjonalne miasto bez wielkich ambicji. Niedaleko granicy, więc zapewne jakos tą granicą żyje.
Szkodre ma kilka meczetow, jakaś zapewne ładna cerkiew, ale my jakos niekoniecznie lubimy zwiedzać przybytki religijne, i wiele drobnych sklepików wzdłuż gorących ulic. Przeszliśmy sie szybko, bo autokar nas wypuścił na 40 minut, ale na tyle głęboko, ze widać bylo, ze nie wszyscy panowie lubią, jak im sie robi zdjęcia. Szczególnie ci lepiej ubrani.

Nie widziałam żadnej stacji benzynowej znanej mi europejskiej marki. Nie wyszłam niestety do sklepu spożywczego, ale podobno swoich produktów maja większość, choć tez sporo importuja, raczej tanich i niezachodnich produktów. ALbania jest wielkości województwa wielkopolskiego, mieszka w niej ok. 3 mln ludzi, z czego milion w Tiranie. Trzy czwarte kraju to góry, głownie skaliste i raczej niezamieszkane. Gospodarka jest niekoniecznie rozwinięta, do konca lat 80tych xx wieku bla centralnie planowana. właśnie wyczytałem w Wikipedii, ze w 2002 roku bylo zaledwie 59 samochodów na 1000 mieszkańców. Wydaje sie, ze to sie od tego czasu zmieniło, chyba ze prowadzenie myjni jest oznaka statusu społecznego, albo wygodną dziuplą do spraw niekoniecznie legalnych.

Durres, miasto portowe na 250 tys mieszkańców wyglada nieco lepiej niz Szkodre. Tak jakby nowoczesność tam juz dotarła. Zobaczyliśmy je wlasciwie jedynie z góry 15pietrowego budynku, z knajpy na samym szczycie. 40 minut wolnego to za malo, zeby sie zagłębic w wąskie i niekoniecznie bezpieczne uliczki, ktore i tak w ciagu dnia śpią. Tutaj wszystko śpi, gdy słońce świeci. Kawa w każdym razie smaczna, cola wyglądała normalnie, a mlody kelner rozumiał po angielsku i przyjął zapłatę w euro zamiast w lekach. Pewnie po zbójeckim kursie, ale mnie chodziło o wygodę, a nie o precyzyjńy kurs wymiany.

Na Tiranę dostaliśmy dwie godziny. Upał, wielkie betonowe przestrzenie, ktore zostały ostatnio udekorowane drzewami, co daje nieco wytchnienia, ale nie pomaga. Plynelam w crocsach (o obuwiu, odciskach, plastrach i wizytach w aptece jeszcze wAm nie pisałam, prawda?). Poszlismy do meczetu. wydawałoby sie, ze innowiercom nie wolno wchodzić do meczetow. tak przynajmniej bylo w Maroko. Tymczasem tu nie tylko pozwolili wejść, dali szmaty, zeby odkryć nogi (na głowie miałam własna), powiedzieli, ze moge wejść do części kobiecej na gorze i nie robili problemu, gdy dyskretnie zrobiłam komorka zdjęcia. Kobieta obok mnie (lokalna) chwile wczesniej włączyła swoją dzwoniaca komórkę, więc moze to dlatego. Podobno dislam w albanii jest nieco bardziej liberalny niz gdzie indziej. patrzac po kobietach i ich swobodnym stroju, wydaje sie to byc prawdopodobne.

Następnie chciałam pojsc do muzeum narodowego, ale chcieli ode mnie koniecznie leki i nie akceptowali karty platniczej, więc dałam sobie spokój. Podejrzewam, ze ekspozycja byłaby podobna do tego, co mozna bylo znaleźć w przeciętnym muzeum w Polsce w latach dziewięćdziesiątych. duzo eksponatów archeologicznych, opisy tylko w języku lokalnym i brak współczesności. A mnie nie interesuje dawna historia. Tak juz mam.

Poszlismy więc na pizzę, dogsdalidmy sie jakos z kelnerem co do składu, bo albański naprawdę nie jest podobny do niczego i papryka, oliwki, ser oraz szynka brzmią co najmniej tak, jakbym była w Azji, czyli nijako. Zapłaciliśmy w euro. przeliczenik jakis lepszy. Wyszło 10 euro za dwie pizzę i dwa napoje. Pani przewodniczka wycieczki proponowała jakaś swoją sprawdzona restauracje, twierdząc, ze tam bedzie tanio, po 10 euro na osobę. Jakos nie chciało mi sie wierzyć, ze w Albanii musze zapłacić wiecej niz w Czarnogorze za obiad. Kiedy jeszcze dodała, ze w innych knajpach moze być nieświeże mięso, takie jak to, ktore widać z oknem, proszę Państwa, sprzedawane prosto ze straganu, na słońcu, z muchami, i biuro podróży nie będzie ponosić odpowiedzialności za Państwa niestrawnosci... to jednoznacznie uznałam, ze idziemy do knajpy w mieście, a nie do tej sprawdzonej, bo tam na pewno jest jakis układ. Nie lubię takiego szantażu emocjonalnego. Ktos mniej otwarty na nowości przeciez po takim dictum nie pójdzie w miasto i nie zje gdzie indziej, wszak dba o swój żołądek. Bez sensu. Tak sie tworzą bariery miedzy turystami a lokalnymi.

Powrót do Budvy trwał ponad 4 godziny. Nie mam poczucia, zebym jakkolwiek poznała Albanie, ale na pewno liznęłam nieco jej smaku.
Troche gorzko, troche kwaśnie, nieco niedoprawiona i przygotowana z mało dojrzalych owoców. Ale smakowalo. całość ciekawa i wciągająca. Gdybym była górołazem, to bym na pewno tu wróciła, zeby sie powspinac. Gdybym była biznesmenem, wrocilabym inwestować.

Gdybym miała duże i drogie auto, wrocilabym je tutaj umyć.

1 komentarz:

  1. miałam okazję podróżować przez Albanię, na każdym skrzyżowaniu widzieliśmy policję, trochę biedy, krowy na sznurku, czekające na swój koniec, dzieci handlujące owocami...

    OdpowiedzUsuń