sobota, 21 lipca 2012

16

Z tymi językami to nie jest prosta sprawa, bo za każdym razem jest inaczej. najważniejsze to wiedziec, jak sie mowi dzien dobry i dziękuje. przyda sie jeszcze przepraszam, ale angielskie sorry jest tak uniwersalne, ze bez przepraszam tez mozna działać. Mówisz dzien dobry w ich języku, mówisz dziękuje jak Ci reszte oddają i od razu masz ich w garści. Taka drobna manipulacja, jakie stosujemy na co dzien, a ktore ja lubię wyjmować na wierzch. Życie sie wszak składa z takiego niewinnego namawiania innych do tego, zeby zrobili to, co nam sie podoba. nie ma sensu udawać, ze jest inaczej.

W Czarnogorze mowi sie [fāla]. Dopiero po kilku godzinach zrozumiałam, ze to jakaś forma polskiego słowa 'chwala'. Serbski (a wlasciwie czarnogorski, ale roznia sie naprawdę minimalnie) jest całkiem łatwy dla nas Polaków. wystarczy odrobina dobrej woli i spokojnie mozna prowadzić nieszczególnie skomplikowane rozmowy z taksowkarzem o tym, ze Wisła wygrała z Podgoricą. I tu dygresja: wcale nie planowaliśmy wracac taksówka z tej najpiękniejszej plazy i grzecznie stanelismy na przystanku autobusowym. Machalam wprawdzie na rożne auta, licząc na okazje, ale nie na taksówki. Pan sie sam zatrzymał, otworzył okno i stwierdził, ze nas zawiezie do Budvy za 7 euro. całym swoim nonverbalem mowilam mu, ze nie chce, nie lubię i niech sobie jedzie, ale powiedziałam mu, ze za 5 euro pojadę. Tyle miały mnie kosztować bilety autobusowe. odparł, ze nie, ze 7. Ja sie uparlam, a on nam kazał wsiadac. Pewnie robił kurs na pusto i nawet 5 eur mu sie opłacało. No więc pogadalismy sobie o życiu, o tym, ze jego dziewczyna tez Maria, ze nie chcemy na dworzec, ani na plaze, ale do grillu Parma. Bo tam podobno smacznie i niedrogo. Opowiedział nam, ze za dnia robi na taksówkę, wieczorami za ochroniarza na disco i ze śpi od 5 do 12. i ze bywa zmęczony, ale jakos daje radę. Dał mi swój numer i gdyby nie mówił o swojej dziewczynie to bylabym pewna, ze mniej podrywa. Zwłaszcza, ze pod restauracja dałam mu banknot mówiąc, ze ok, niech bedzie 6 euro, a on nie dosc ze oddał równo do pięciu, to jeszcze wręczył mi melon, kazał wsadzić do lodówki i zjeść jak arbuza, zimnego i na tarasie wieczorem. hmmmm.

No i właśnie, ja nie znam serbskiego, a on nie mowi po polsku, każdy mówił po swojemu i jakos sie dogadalismy. On mówił wyraźnie, ja uzywalam prostych konstrukcji i jakos to szło. tak samo zreszta poszło godzinę pozniej, z właścicielka pensjonatu, ktora mnie zaprosiła na kawę. A mianowicie inni nasi wspolturysci wychodzili, gdy akurat wchodzilam i spytali mnie, co by tu mozna zjeść. Kazalam im isc do tej Parmy i tłumaczyłem, ze plejskavica, cevapce i inne takie. A oni, z jakiego to jest mięsa. spytałam nasza panią właścicielkę, uroczo mucząc i chrząkając, co by sprawdzć, czy oprócz wołowiny dodają wieprzowinę. Nie dodają. Wszyscy sie uśmiali, tamci poszli, ja zostałam z zakupami i dałam sie zaprosić. Kawa lokalna smakuje wszak inaczej niz w knajpie.

Pani właścicielka tymczasem wypytala mnie o rodzine, męża, wiek, pensje i rodzeństwo. Taka wiecie, grubsza pani z krótkimi czarnymi włosami idącymi ku siwiznie. Z lekko brudna fioletowa koszula bez rękawow, i dużym biustem. uśmiechnięta, ale nie dalaby sobie na głowę wejść czy oszukac. baba z lekkiej jajami i południowym temperamentem.

Potem przybył jej bratanek, licealista, z kolega. chłopiec z Podgoricy, kolega z Kosowa, z Prisztiny. Spędzili właśnie rok w Niemczech, w klasie europejskiej i przyjechali odpocząć u ciotki. Dwa lata do matury, a kolega kosowar wyglądał na ledwo młodszego ode mnie.

JEst tu fajna mieszanka, ktora dobrze robi ma wszelkie stereotypy. wystarczy troche pogrzebać, a na pewno znajdzie się kogos, kto walczył w wojnie dwadzieścia lat temu, albo kogos innego, kto ma rodzine tu i ówdzie, a na pewno w Nemczech.

Wczoraj natomiast wybraliśmy sie do Albanii na kilka godzin. Czy tez kilkanaście. Z wycieczka rosyjska i przewodniczką, ktora w założeniu miała mówić w rownym stopniu po rosyjsku i angielsku. Uznałam jednak, ze skoro z serbskim daje radę, to z mieszanka rosyjskiego i angielskiego tez sobie poradzimy. W końcu Mlody miał kilka lekcji rosyjskiego w szkole, a po angielsku mowi momentami lepiej niz ja. wybraliśmy wycieczkę z miasta, a konkretnie kupiona na promenadzie, bo nie dosc, ze tańsza, to jeszcze zawieźć nas miała do trzech albańskich miast - do Szkodre, Durres i Tirany. w sam raz na pierwszy raz w tym malo znanym kraju o języku niepodobnym do niczego.

Ale o tym następnym razem, teraz chcemy na plaze.

4 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa historia.
    Coraz bardziej mnie zachęcasz do pojechania do montenegro ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. I do albanii! Jak tam z transportem miejskim? Da sie pojeździć po Tiranie?

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mam pojęcia, autobusów miejskich nie widziałam, ale tez nie szukałam ich wzrokiem. Myśle, ze Google bedzie wiedział.

    OdpowiedzUsuń