czwartek, 19 lipca 2012

15

to nie organizm sie przyzwyczaił do temperatury, to temperatura była niższa. dzisiaj wszystko wróciło do normy. W cieniu 35. W słońcu chyba nawet nie chce wiedziec, ile.

Jestem na tyle zmęczona, ze nie wiem, czy mam sile Wam opisać, jak to dzisiaj szukaliśmy plazy. ale spróbuje. Blad polegał na tym, ze jakaś fajna para z poprzedniego turnusu zdążyła mi powiedziec przed wyjazdem, ze niedaleko wyspy świętego Stefana jest najpiękniejsza ich zdaniem plaża. wyjaśnili mi bardzo dokładnie, jak tam trafić. Dojechac tam busem, przejść dwieście metrów dalej do kempingu "czerwone cos" i tam wybrać prawa drogę na plaze, bo lewa prowadzi do tej dla naturystow. brzmi prosto, prawda?

autobus był najlatwiejszym elementem tej wyprawy. poszlismy na dworzec, nabylismy dwa bilety za 2,5 eur sztuka ("bilety dla dzieci? A ile on ma lat? 14?" + wzrok taki, ze nie miałam juz żadnych wątpliwości, ze 14-latek nie jest dzieckiem), potem kolejny pan nam powiedział, ze bus z pierwszego peronu i wsiedlismy. przypomniała mi sie wtedy wyprawa w Maroku, z Agadiru do Marakeszu, tez autobusem, w czasie ktorej różni panowie przesadzali nas z busa do busa, a my mogliśmy tylko im ufać, ze nie robią nas w konia i nie wywioza w sina dal, bo napisów żadnych na busach nie bylo, a nawet jakby były, to co nam po arabskich szlaczkach. tu bylo podobnie. niby kierunek właściwy, niby św. Stefan po drodze, ale na bilecie inne miasto, gdzies dalej, a w autobusie nikogo europejskojezycznego. tak naprawdę podróżowanie w obcym kraju wymaga cierpliwości i otwartości na zmiany. "najwyżej wykapiemy sie gdzie indziej" zeznalam Młodemu.

Za chwile jednak dosiadla sie wycieczka młodzieży francuskiej, ktora tez chciała do Św. Stefana więc troche odzyskalam wiarę w to, ze tam dojade. A mówili, ze warto zobaczyc te wyspę, wykupiona pare lat temu prze Rosjan i zamieniona w wyspohotel, polaczony złamiem jedynie waskim dwustumetrowym przesmykiem o szerokosci jednego czy dwoch samochodow. Zeznania ludzi były rozmaite. jedni mówili, ze nie da sie tam wejść, bo wpuszczani są tylko goście hotelowi. Inni, ze wjazd kosztuje 5 eur. Jeszcze inni, ze wpuścić wpuszcza, ale pod warunkiem, ze wydasz u nich przynajmniej 50 eur.
trzeba bylo sprawdzic.

Kierowca nas wysadzil nad miasteczkiem, zaczęliśmy schodzić. Mlody wypatrzył schody miedzy domami i zeznał, ze bardzo mu to przypomina Santorini, gdzie wlasciwie nie ma uliczek tylko takie schody i kamienne domy. brakowało jednak niebieskich dachów, ale nie bądźmy szczegolarzami. zeszlismy do wjazdu na wyspe, podeszlismy do pana ochroniarza i dowiedzieliśmy sie, ze nie ma szans wejść do środka. "can we do something to enter?" zapytałam najładniejszym swoim wzrokiem i uśmiechem.
- NO! - wyraził sie jednoznacznie i sie odwrócił.
ObawiAm sie, ze mając do czynienia z różnymi Madonnami i innymi Angelinami mógł rzeczywiscie być nieco głuchy na moje starania. niektórych progów nie przeskocze, choćbym sie bardzo starała...

Nasi informatorzy mówili, ze z jednej strony wyspy plaża jest hotelowa i nie wolno tam sie kąpać, a z drugiej, lewej, jest miejska i camping tuz za nią. zapomnieli jednak dodać, ze nie należy schodzić do miasteczka, a ja zwizualizowalam sobie te lewa strone jako prawa i dosc długo sie trzymalam tej wizualizacji. Poszlismy więc w prawo. Najpierw była śliczna i pusta plaża hotelowa, z napisem, ze korzystanie z lezakow hotelowych jest obowiązkowe i kosztuje 50 eur. Pozniej był las i ładna ścieżka kamienna, a następnie kolejny hotel i kolejna plaża z obowiązkowymi lezakami. Tym razem za 75 eur. Przy jeszcze następnym hotelu juz nawet nie sprawdzalismy ceny, wróciliśmy na drogę i złapaliśmy autobus powrotny, coraz bardziej przekonani, ze chyba jednak cos mi sie pomyliło. 35 stopni bylo, przypominam.
Drugi autobus z nas zdarl okrutnie, bo az po 1,5 eur za 2 km. Ale są takie sytuacje w życiu, kiedy liczy sie klimatyzowane wnętrze, a nie jego cena.
Zeszlismy ponownie do miasteczka. Dowiedzieliśmy sie, ze camping jest, a jakże, zgodnie z wskazówkami informatorów, po lewej stronie od wyspy. A lewa to jest ta ręka, ktora nie jesz zupy. i ze trzeba wejść z powrotem do szosy, po schodach, i potem dwieście metrów w prawo od przystanku, bedzie big panneau z napisałem camping.

Mlody miał dosc, a ja zaczynałem się śmiać. WEszlismy kawałek, i jeszcze troche, tymi schodami co to jak na Santorini. Kupilismy nektarynki i borowki i ponownie weszliśmy, po schodach. Kilkaset ich bylo, na pewno. wyobrażałam sobie film typu Ronin, w którym byłby pościg na takich schodach. tego jeszcze nie grali, ale być moze to z powodu kondycji aktorów. lazenie w te i z powrotem zabija :)

Big panneau rzeczywiscie stał, gdzie powinien. być moze nawet był widoczny z tego przystanku, prz którym wysiedlismy po raz pierwszy. na wszelki wypadek nie sprawdzalam. Zaczęliśmy więc ponownie schodzić, w kierunku plazy. i oczywiscie, nie znalezlismy drogi w prawo koło kibli i wyladowalismy na plazy kamienistej, wręcz skalistej, z jedna naga panią, ktora z daleka wyglądała jak bardzo gruby pan. zagadalismy ja po angielsku, nie podchodzac nadmiernie, i dowiedzieliśmy sie, ze plaża z lezakami jest troche gdzie indziej i ze trzeba ponownie wejść na górę i zejść droga koło kibli. niech ich szlag trafi z tymi kiblami. zaczęliśmy sie wspinać, i zeby uprzedzić wasze pytania - nie, nie mozna bylo przejść plaża, bo w Czarnogorze są głownie klify i plaze sie ze sobą nie łącza. natomiast ścieżki, ktore do nich prowadzą są strome. Bardzo. szczególnie, gdy sie idzie w górę. 35 stopni, prawda?

wybrałam mniejsze zło i przedarlam sie przez śródziemnomorska roślinność, aby tylko nie musieć wdrapywac sie na górę. nogi mam pocharatane, ramiona tez. Ale zaś to przygoda była ;)

Miałam świadomość, ze jaka by nie była, ta nasza plaża bedzie wybawieniem i nie ruszymy sie z niej przez kilka godzin. "jak leżaki beda po 5 eur to bierz" powiedziałam Młodemu. Zakrzyczeli 8 eur. Podeszlam, zeznalam, ze za 5 weźmiemy i ze my do nich górami i lasami i ze przeciez juz jest tylko połowa dnia. Udało sie. za druga piątkę wzięłam piwo i colę i wszyscy byli zadowoleni. te ceny podaje Wam celowo, a nie po to zeby epatowac swoją rozrzutnoscia. CZarnogora, prosze Państwa, nie jest tanim krajem turystycznym. wręcz przeciwnie. przynajmniej ta nadmorska. Ale wcale mnie to nie dziwi, skoro ponad 90% ludzi żyje z turystyki i usług. A przemysłu nie maja wlasciwie wcale poza jedna fabryka bodajże aluminium, niedaleko stolicy.

Tymczasem zaleglismy na plazy, cudnie cichej, prawie pustej i przyjemnej. Z głośników leciała dosc spokojna Janet Jackson, a potem Jackson five, piwo bylo zimne, woda ciepła, dno morza prawie ciekawe, a książki na kindlu wciągające. warto bylo przedzierac sie nieprzytomnie i lazic z w te i nazad. To dobre miejsce jak na te okolice.

ale jakby kto z Was chciał sie tam wybrać, to niech da znac.
Zrobię rysunek.

a teraz ide na promenade. W związku z jutrzejsza wycieczka do Albanii musimy pojsc pokazać nasze paszporty. Miłego wieczoru zycze. u nas była plejskavica z pomfrit i salate z paradajsow, czy jak im tam. A u Was?

2 komentarze:

  1. Ale przygoda! :)
    A u mnie hummus i smażone kwiaty cukinii. pyszności!

    OdpowiedzUsuń
  2. u mnie makaron z cukinią oraz wino czerwone i truskawkowe.

    OdpowiedzUsuń