środa, 11 lipca 2012

11

Prawo jazdy zrobiłam dość późno. Miałam wówczas 26 lat, dziecko w wieku bodajże zerówkowym i prawie byłego męża na stanie. Kurs zaczęłam wiosną, egzamin zdałam w lipcu - udało mi się za pierwszym razem, z czego jestem bardzo dumna. Pamiętam jak dziś, gdy pan po zakończonej jeździe egzaminacyjnej powiedział mi, że zaprasza za miesiąc ... i ja myślałam, że za miesiąc mam powtarzać. I zaczęłam się z nim kłócić, że przecież można raz popełnić błąd (auto mi wszak raz zakaszlało na redukcji biegów), a on kilka razy spytał, czy ja na pewno usłyszłam, co do mnie powiedział. W końcu przyznałam, że chyba jednak nie, a on powtórzył, że zaprasza za miesiąc po odbiór dokumentu w wydziale komunikacji. Poryczałam się wtedy z radości i wybiegłam z ośrodka jak na skrzydłach. Mój powrót tramwajem do pracy (z Bródna!) był jedną wielką rozmową telefoniczną. Nikt nie chciał uwierzyć, że zdałam za pierwszym razem. 

Auto kupiłam dopiero na jesieni. Wymyśliłam sobie 206-tkę z dużym silnikiem. Niby wiedziałam, że samochodów na F się nie kupuje (fiatów, fordów i francuzów), ale jednak postanowiłam zaryzykować. Najpierw obejrzałam jedno - panowie z serwisu zabronili mi kupować. Potem drugie - powiedzieli, że bite jak stąd do Przemyśla. Przy trzecim też wykryli coś dziwnego, ale pozwolili kupić. Kupiłam. Sama. Pojechałam z właścielem do banku, wyjęłam gotówkę, spisałam umowę i auto było moje. Umówiłam się z facetem, że go potem odwiozę już swoim własnym samochodem do Janek, gdzie czekał na niego kumpel. Gość był bardziej niż przerażony. Byłam świeżynką na warszawskich drogach, ledwo dawałam sobie radę ze zmianą biegów i mocno kaszlałam przy redukcji, ale spoko, dowiozłam go całego, a potem mógł już o mnie zapomnieć. 

Ja o nim nie zapomniałam, bo za trzy tygodnie okazało się, że samochód jednak nie był tak bardzo sprawny i tak mało bity. W serwisie Peugeota, który mi go sprawdzał, trafiłam podobno na tę gorszą zmianę. Tak orzekł pan Jacek z serwisu Citroena, do którego wreszcie trafiłam i od którego już nie odeszłam.  Po dziś dzień. Ale wtedy, w tamtą listopadową sobotę, gdy kupowałam mój samochodzik, jeszcze nie wiedziałam o tym, że komputer wtrysku będzie do wymiany i kilka jeszcze innych elementów po prawej stronie auta. 

Wyjechałam nim w niedzielę. Kierunek Szczecin. Jakieś 560 km, może trochę więcej. Za niecałe 5,5 godziny byłam na miejscu, co przy ówczesnym (2004) stanie naszych dróg było nie lada wyczynem. Teraz z dystansu myślę, że nie było to szczególnie rozsądne. Ale przecież to była moja pierwsza wyprawa, moim pierwszym autem i nie wiozłam nikogo, ani niczego. Odebrałam dziecko od jego dziadków i pojechaliśmy w siną dal. Czyli najpierw był Słupsk, potem Trójmiasto, następnie Suwałki i wizyta u drugich dziadków. Do domu wróciłam po tygodniu. Miałam już 2500 km na liczniku. Swoich własnych. I wiedziałam, że moje auto się mnie słucha. A ja kiedyś będę dobrym kierowcą. 



I tak jakoś wyszło, że najfajniejsze podróże i wyprawy wykonałam tym samochodem. Nigdy mnie nie zawiódł w trasie. Nigdy nie musiałam go holować do "najbliższego warsztatu" (choć nieraz zimą dawał popalić, bo francuzy nie lubią 30stostopniowych mrozów). Faktem jest, że zawsze o niego dbałam (a przynajmniej o jego wnętrzności, lejąc mu dobre paliwo). Używam go nadal i choć jest to już starszy pan, który nie ma ochoty na dalekie wyprawy, to służy mi jak trzeba. Jest zazwyczaj brudny, ale nadal ma dobre odejście spod świateł. Zaskakuje mnie nieraz. In plus. 

Pewnie czas na coś nowego, większego, bardziej bezpiecznego, ale na razie jest Peugeocik. I jeszcze przez chwilę będzie. I to dlatego do Czarnogóry jedziemy autokarem, a nie autem. Co by go nie zamęczyć.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz