wtorek, 10 lipca 2012

10

Lubię dworce kolejowe i lubię lotniska. Nie mam żadnego problemu z tym, żeby pojechać wcześniej na pociąg, albo samolot, i posiedzieć trochę na miejscu. Lubię obserwować ludzi, przyglądać się procedurom, porozmawaic z pracownikami. Lubię też - o dziwo - jedzenie dworcowe i lotniskowe. Jest przede wszystkim drogie, ale ma też jakiś smak podróży w sobie. Wiem, to jest tylko w mojej głowie. A jednak lubię ulegać tej iluzji.

Kiedy miałam kilkanaście lat, jeździłam sobie na dworzec centralny i stawałam nad peronami, żeby przyglądać się odjeżdżającym i przyjeżdżającym pociągom. Przyglądałam się też ludziom i podsłuchiwałam rozmowy. Robię to po dziś dzień. Ktoś czeka na babcię z kwiatami, ktoś inny na dziewczynę, która wcale nie przyjeżdża. Czasami cała rodzina przyjechała przywitać gościa z zagranicy. Co jakiś czas jakaś wycieczka, obóz, kolonie - wtedy jest tłum ludzi w klapkach i krótkich spodenkach.

Na dworcach jest wiele emocji, pewnie dlatego lubię tam przebywać. I są one zazwyczaj pozytywne. A przynajmniej intensywne. Czakram ludzkich uczuć.




Myślę, że po prostu lubię być w podróży. Nawet gdy wybieram się gdzieś autem, lubię ten moment, gdy już mogę po wyjeździe z miasta zatrzymać się na stacji benzynowej, zatankować na podróż i wypić pierwszą niesmaczną kawę z automatu. Czuję wtedy, że jestem dokładnie tam, gdzie przynależę. W ruchu, w drodze i w zmianie.

Jeszcze jedno wspomnienie mnie dzisiaj atakuje. Lipiec 1990 r., mam dwanaście lat. Przeprowadzamy się do Polski po kilkuletniej emigracji. Ojciec i ja. Reszta jest jeszcze we Francji, ja się zabrałam tzw. drugim transportem (pierwszy pojechał do domku letniego na Suwalszczyznę, samym ojcem. Drugi jechał do Wwy, zdecydowałam się w ostatniej chwili, zostawiłam z dnia na dzień swojego pierwszego chłopaka).

Podróż odbywała się wiekowym Volkswagenem transporterem.  Z plandeką. Niebieską. Na dachu przymocowaliśmy ikeowski stół sosnowy do góry nogami. (zanim wsiedliśmy do auta we Francji, trzeba było zważyć każde pudło i każdą rzecz, bo ojciec miał prawo jazdy do 3,5 tony i nie mogliśmy przekroczyć tej wagi). Przejechaliśmy całe Niemcy, co jakiś czas dolewając oleju, bo auto - wówczas już chyba pełnoletnie - było ciągle spragnione. Przenocowaliśmy gdzieś na parkingu przy autostradzie. Ja w kabinie, ojciec na karimacie obok auta. Parę kilometrów za polską granicą, którą przekraczaliśmy na północy, chyba w Kołbaskowie, auto odmówiło współpracy. Zostawiliśmy je w jakimś warsztacie, wsiedliśmy w pociąg osobowy do Stargardu Szczecińskiego bodajże, potem przesiadka do Poznania i wreszcie do Warszawy. Wypełnione po brzegi naszym dobytkiem auto zamieszkało w warsztacie na kilka tygodni, z tego co pamiętam. Stół był w każdym razie narażony na deszcz i inne okoliczności pogodowe, ale przeżył. Po dziś dzień służy rodzicom na wsi. 
Ojciec tymczasem zostawił mnie pod opieką ciotki, wsiadł w pociąg do Francji i pojechał po resztę naszej rodziny. 
I teraz to wspomnienie, które zostało na całe życie. Jest środek dnia. Jesteśmy w Warszawie, Wyjechaliśmy z naszego mieszkania na Mokotowie, w którym za parę tygodni zamieszkamy. Ja jadę do ciotki mieszkającej w śródmieściu, ojciec na pociąg. Skrzyżowanie Jerozolimskich i Chałubińskiego. Wysiadamy z tramwaju z Mokotowa, schodzimy do podziemia. Ojciec podprowadza mnie pod schody, prowadzące do tramawaju jadącego w kierunku Wisły. 
- No to dasz już sobie radę, prawda? Dwa przystanki, a potem idziesz w prawo. - mówi
- Tak, oczywiście - odpowiadam nieco skonfundowana. Mam dwanaście lat, niewielki plecak i tak naprawdę nie znam miasta, w którym się wszak urodziłam, ale z którego wyjechałam na wiele lat. - Dwa przystanki, w prawo, a potem dzwonię domofonem pod numer 10, prawda? 
- Tak jest. Pozdrów ciotkę ode mnie i przeproś, że nie przyjechałem - ojciec mnie ściska - Polecę już, pociąg odjeżdża za moment. 


Po wielu latach dowiedziałam się, że mama zrobiła ojcu niezłą awanturę za to, że mnie tak zostawił. A zdała sobie sprawę z tego dopiero po jakichś dwóch dniach, gdy tata dojechał do Francji. 
Tymczasem ja zostałam sama, w wielkim mniej lub bardziej obcym mieście.
I jakoś przeżyłam, jak widać. Takie to były dziwne czasy.  

1 komentarz:

  1. Zostawianie zepsutego samochodu w warsztacie przy granicy brzmi bardzo znajomo ;)

    OdpowiedzUsuń