niedziela, 28 maja 2017

286. Na wszystko czasu nie starczy?

- Dawno nic nie pisałaś na blogu - zauważyła dzisiaj Marta, a ja zaczęłam tłumaczyć, że na pisanie trzeba mieć nie tylko czas, ale też trochę wolnej głowy. I że moje procesory były ostatnio głównie zajęte pracą, a w chwilach wolnych - pracą dodatkową (udało się przeprowadzić magazyn), pracą podyplomową (bronię za tydzień) i pracą nad sobą (bo charakter mam wredny, a odzywki zbyt bezpośrednie). W takich warunkach nie da się pisać.

A potem zaczęłyśmy rozmawiać o doktoracie. I o tym, czy ja tego potrzebuję. Zawodowo - wiadomo, że nie, ale życiowo - być może tak. Bo lubię myśleć ściśle i na temat. Lubię kminić i szukać rozwiązań. Praca intelektualna jest dla mnie ważna. Ale czy właśnie teraz? Jeszcze tego nie wiem.

Trochę jestem na rozstaju i stąd zapewne ta notka.

Bo jest tak: praca zawodowa zajmuje mi bardzo dużo energii i czasu. To lubię, tak chcę i jest to z założenia dobre, zwłaszcza, że do tego dążyłam. Może chciałabym jedynie uporządkować nieco proporcje, żeby odzyskać popołudnia, a z pewnością weekendy, ale zasadniczo jest mi dobrze i w tym się sprawdzam.

Skoro jednak miewam czas na coś więcej, a miewam, to chcę ten czas z rozmysłem wykorzystać.
I zająć się sobą.

Pytanie zatem brzmi, czym zajmę się najpierw, bo na wszystko czasu nie starczy.

Czy rozwojem intelektualnym i - w konsekwencji - doktoratem, a tematem, który mnie obecnie kręci jest to, co łączy religijność z seksualnością, a konkretniej to podejście do seksu u ludzi bardzo wierzących?

Czy rozwojem fizycznym? Mam ogromną potrzebę nowego regularnego sportu. Już wiem, że to nie będzie sport walki, bo od kiedy jestem w stałym związku, to nie tylko nie ma we mnie wystarczająco złości, żeby chcieć się z kimś napierdalać dwa razy w tygodniu (R. mnie fantastycznie kanalizuje), ale jeszcze kwestia dotyku i kontaktu cielesnego się znacząco zmieniła - dostaję na co dzień to, czego potrzebuję, więc nie bardzo już chcę, żeby ktokolwiek inny mnie dotykał. Czy istnieją doradcy sportowi? Tacy, co to by mi dopasowali sport do potrzeb, możliwości fizycznych i czasowych?

Czy też sprawami cielesno-zdrowotnymi? - to trochę wypadkowa tego sportu, co to powyżej, ale nie tylko. Zbliżam się do 40-tki, kryzys wieku średniego w pełni, za chwilę rycząca czterdziestka. Chciałabym wyglądać lepiej, zdrowiej i mięśniej. I łudzę się, że jestem w stanie to w sobie wypracować, to przecież tylko kwestia silnej woli i konsekwencji. Po raz pierwszy od lat pomyślałam, że fajnie by było mieć ładnie umięśnione przedramiona i mniej tłuszczu na brzuchu.

A może jednak pracą twórczą? Mam w głowie bardzo konkretne opowiadanie, właściwie już je rozpisałam na kilka obrazków. Tylko ciągle nie wiem, czy chcę pisać o sobie, czy może jednak o kimś innym.

No i jest jeszcze rozwój kompetencji - mogłabym się czegoś nauczyć. Chodzi mi po głowie kurs tańca - miałam kiedyś pierwsze podejście, wówczas nie wyszło, ale czemu nie spróbować ponownie? Albo przełamać tę dziwną niechęć do dotykania tego, co śliskie i nauczyć się robić w glinie.

Cichutko się jeszcze przyznam sama przed sobą, że trochę mi ostatnio brakuje ludzi. Takich bliskich i ważnych relacji. Głębokich rozmów. Znajomości nie tylko imprezowych. Słów nie przez telefon lub messengera, choć i na to czasami brakuje czasu. Brakuje mi tego wszystkiego, czego nie da się zapisać w tudusiach, bo to nie są zadania do wykonania. Wszak kwintesencję człowieczeństwa widzę w bliskości, przyjaźni i wspólnej ciszy. I w tym nic nieznaczącym pytaniu: czy zrobić Ci też kawy?

Dzisiejszy wyjazd nad wodę, totalnie przypadkowy i nieplanowany, okazał się źródłem wielu przemyśleń. Mam wrażenie, że nigdy wcześniej nie ustawiałam swoich planów i marzeń w kolejności ich ważności i wydawało mi się, że wszystkiego trzeba po trochu, to w końcu jakiś sukces będzie. Zeszłoroczny wysiłek nad zmianą pracy pokazał mi jednak, że lepiej jest się skoncentrować nad jednym celem. Bo łatwiej go tak osiągnąć.

Mam wrażenie, że dorastam. Czy aby nie stałam się nudna?


fot. Marcin Drabek