niedziela, 21 sierpnia 2016

272. Włochy bez napinki, czyli Liguria 2016. Praktykalia.

W wersji krótkiej napisałabym, że odpoczęliśmy.
W wersji dłuższej musiałabym zacząć opisywać swoje przedziwne sny oraz ciszę, która nas otaczała przez tydzień, co mogłoby być nieznośne dla czytelnika, bo wszak istnieje specjalne piekło dla tych, którzy opowiadają swoje sny.
Wersję wizualną mieliście na facebooku i na instagramie.

A zatem będzie konkretnie i na temat, czyli praktykalia naszego wyjazdu.

1. Bilety samolotowe.
Wybór padł na lotnisko w Bergamo, bo loty były najtańsze. Na dwa tygodnie przed wylotem znalazłam w Ryanair bilety po 350 zł za osobę w obie strony. W jedną stronę wydrukowałam je dzielnie po dokonaniu odprawy elektronicznej, w drugą - ściągnęłam na apkę mobilną Ryanaira i potem do walleta na telefonie (gdyby internetu nie było albo co). Odprawę powrotną zrobiłam od razu, jak tylko to było możliwe, dzięki czemu w obie strony mieliśmy 4 miejsca obok siebie, bez dodatkowych opłat.

2. Dojazd na lotnisko.
Do Modlina pojechaliśmy autem, które zostawiliśmy na pobliskim parkingu. Za tydzień parkowania zapłaciliśmy 50 zł, a busik parkingowy nas podwiózł w jakieś 7 minut pod sam terminal. W drodze powrotnej zadzwoniliśmy do kierowcy po wylądowaniu i bus podjechał w chwili, w której docieraliśmy na miejsce zbiórki na parkingu pod terminalem. Bilety na Modlinbus w obie strony za jedną osobę kosztują 48 zł. Nas było - przypomnę - czworo. Nie trzeba się uczyć w klasie narodowo-matematycznej, żeby sobie policzyć ;)

3. Kontrola bagażowa.
W Modlinie dość mocno trzepią przy kontroli bagażowej, a konkretnie to domagają się, aby płyny się zmieściły w oddzielnej przezroczystej torebce o pojemności 1 litra. Panowie z obsługi dają te torebki (nie trzeba ich kupować w ustawionych automatach za 2 zł), ale czasami ciężko się zmieścić, gdy ma się więcej niż szampon i mydło. Kremy też podpadają pod płyny. W Bergamo takiej kontroli nie było (w Atenach pół roku temu też nie, nawet w Paryżu 10 dni po zamachach nie zanotowałam aż takiej intensywności).  

4. Kolejka do Ryanaira.
Jak prawdziwi janusze, przybyliśmy na lotnisko za wcześnie (głównie dlatego, że Warszawa w sobotę była pusta, transfer z parkingu okazał się tak sprawny, a kolejki na security nie było żadnej), więc usiedliśmy sobie na krzesełkach w bliskiej odległości od gejta (i "ujścia" kolejki pasażerów). Miejsce w kolejce przed gejtem ma znaczenie o tyle, że osoby z końca kolejki mogą zostać poproszone o pozostawienie bagażu podręcznego przed samolotem i on wtedy leci w luku bagażowym. Jest to bezpłatne, więc nie ma sensu się tym denerwować, o ile poczekanie na bagaż na lotnisku docelowym nie stanowi dla kogoś problemu. Dla nas te potencjalne 20 minut miało znaczenie, bo we Włoszech czekała na nas Barbara z kolacją, a musieliśmy jeszcze wynająć auto i dojechać do Ligurii.

5. Wielkość bagażu.
Rynair ma bardzo konkretne wymogi co do wielkości walizek. Część walizek podręcznych się w nich nie mieści. Rzadko się zdarza, żeby mierzyli przed wejściem do samolotu, ale na wszelki wypadek wzięliśmy tylko te walizki, które można ścisnąć w razie potrzeby i torbę sportową w miejsce tej walizki, która jest szersza i z polietylenu. Tak, to moja śliczna fioletowa walizka została w domu.

5. Wypożyczenie auta.
Udało nam się wynająć samochód (Fiat Panda) w firmie Inter Rent (grupa EuropCar) za 114 EUR na tydzień (jeden kierowca starszy niż 30 lat, ubezpieczenie częściowe, depozyt 900 EUR, odpowiedzialność do 1500/3000 EUR). Cena super, zwłaszcza że wynajmowałam w ostatniej chwili. Oferty sprawdzałam na rentalcars.com, ostatecznie jednak kupiłam bezpośrednio na stronie Inter Rent (bo bezpośrednio jest zazwyczaj odrobinę taniej niż w agregatorach, acz czasami bywa też na odwrót). Ta firma nie jest wśród najlepszych (i najmniej kłopotliwych) firm wynajmujących, ale też nie jest wśród firm, które lubią naciągać swoich klientów na naprawy za drobne ryski na karoserii. A za to się chyba najczęściej płaci w tych najtańszych firmach. Wynajem taniutki, ubezpiecznie częściowe (bo pełne podwaja koszt wynajmu), a potem w chwili oddania auta, okazuje się, że jest jakaś ryska na dwóch elementach i trzeba zapłacić 500 EUR. Pobierają sobie z karty kredytowej, gdzie wcześniej zablokowali depozyt, i ciężko się bardzo walczy z takim procederem, zwłaszcza, że koszt ewentualnego biegłego do oszacowania rzeczywistej wartości takiej szkody, jest po stronie klienta. (unikać: nolleggiare, goldcar, rhodium)
Dlatego pan z Inter Rentu dziwnie się na mnie spojrzał, gdy poprosiłam go o sprawdzenie samochodu PRZED odebraniem od niego kluczy. Normalni klienci mówią zapewne dzień dobry, biorą klucze i jadą. My sprawdzaliśmy każdy element karoserii pod światłem latarek w naszych telefonach (była już 21h) i wykryliśmy kilka rysek, drobne wgniecenie i odprysk na przedniej szybie. Pan przyznał, że ten odprysk byłby wart najwięcej, jakieś 300 EUR. Zaznaczył wszystko w protokole i pojechaliśmy. Zapewniał nas jednak, że małe ryski się nie liczą.
Aha, Fiat Panda jest bardzo pojemnym i miłym autem, o ile troje z czterech pasażerów nie ma ponad 180 cm wzrostu. Wtedy się robi bardziej kłopotliwą dla nóg przestrzenią. W bagażniku zmieściliśmy bez problemu nasze trzy walizki i torbę. I jakieś mniejsze torebki też. Silniczek to to ma niewielki, więc w górach było powoli, ale na płaskiej autostradzie się ładnie rozpędzał. Do przepisowych 130 km/h (+ pamiętać, że na autostradzie obowiązkowo włączone światła mijania).

6. Paliwo.
Standardową procedurą w kwestii paliwa przy wypożyczeniu auta jest obecnie "full to full", czyli dostajesz pełen bak i oddajesz pełen bak. Dopytaliśmy się, gdzie jest najbliższa stacja benzynowa, jakieś 5 km od lotniska. Ostatecznie zatankowaliśmy na innej, w centrum Bergamo, i przeżyliśmy nieprzyjemny stresik. We Włoszech najpierw płacisz za benzynę (wybierając, czy chcesz za 5 EUR, za 20 EUR, czy do pełna), a potem tankujesz. Na tej stacji nie działał automat do wybierania kwoty, ale wyświetlało informację, żeby spróbować zatankować tak czy siak. Spróbowaliśmy i napełniliśmy bak, a gdy przyszło do płacenia, to okazało się, że wprawdzie potwierdzenie płatności jest na 31 EUR, ale z konta zniknęło ponad 70 EUR. A nie było komu zrobić afery, bo to była stacja samoobsługowa, z dojezdnym panem monitorującym. W pobliskim barze byli nieco zdziwieni, a pan miał koszulkę z Hard Rock Cafe Warsaw, więc wziął od nas dane i obiecał przekazać obsłudze, gdy się pojawi. Nikt nie zadzwonił, ale gdy dojechaliśmy na lotnisko okazało się, że pobranie zostało cofnięte, zrobiła się blokada na 70 EUR, i druga blokada na -70 EUR, a pobrali tyle, ile trzeba, acz jeszcze tego nie widać na koncie. Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym nie miała tego internetu w telefonie i aplikacji bankowej, to bym być może nawet nie zauważyła zniknięcia tej kasy. Aczkolwiek w sumie sprawdzałam głównie dlatego, że automat na stacji mówił do mnie brzydkie rzeczy, że 31 EUR i że 70 EUR i że cholera wie, co Ty z moją kasą zrobisz.
A tak poza tym, to większość stacji benzynowych jest otwarta w godzinach roboczych, a w sobotę do południa. Na autostradach rzecz jasna non stop.

7. Mieszkanie
Apartament znaleźliśmy na Booking.com, wyszło taniej niż to samo miejsce na Airbnb.com, prawdopodobnie ze względu na dodatkową opłatę serwisową tego ostatniego. Korespondencja z panią gospodynią bezproblemowa jeszcze przed wyjazdem, ale uczciwie ostrzegam, że po włosku. Z angielskim jest tam tak sobie, szczególnie poza turystycznymi szlakami. Za tydzień dla 4 osób (dwie sypialnie, kuchnia z jadalnią, pokój dzienny, łazienka, ręczniki, pościel, miejsce na auto, dostęp do basenu w domu gospodarzy, podstawowe śniadanie w postaci sucharków, masła, dżemów, miodu, kawy, cukru, płatków, mleka, itd) zapłaciliśmy 420 EUR.

8. Jedzenie
Pierwszego dnia po przyjeździe pojechaliśmy do hipermarketu Iper i zrobiliśmy wielkie zakupy. Prawdopodobnie można było taniej, ale kupiliśmy to wszystko, czego u nas nie ma, a czego chcieliśmy spróbować - sery, sery i jeszcze raz sery, wędliny i szynki, makarony, pesto i inne sosy, wina i limoncello, słodycze i słonycze, owoce przeróżne i warzywa też. W pizzerii zostawiliśmy ok. 60 EUR każdorazowo (4 pizze, napoje, wino domowe, kawy i incydentalne desery). Za foccacie dla czworga w wersji de luxe wychodziło kilkanaście euro. Kawa oczywiście za 1 EUR (to chyba jedyna stała cena niezależnie od miejsca ;). Ale ta kawa to naparstek, prawdziwe espresso. Jak poprosiłam raz o americano, to dostałam dzbaneczek wrzątku, żebym sobie dolała samodzielnie. Dla pani to pewnie było nie do pomyślenia.
Nie zjedliśmy włoskich lodów ani makaronu na mieście. Owoców morza też nie. Głównie dlatego, że byliśmy jednak bardziej na wsi i w górach, a do morza było kilkadziesiąt kilometrów.

9.  Wymiana pieniędzy.
Skorzystałam z rad otrzymanych od znajomych i założyłam konto w EUR w mBanku. Konto jest darmowe, wypłaty z bankomatów zagranicą są darmowe, karta do konta kosztuje 30 zł rocznie. Działa to tak, że kupujesz w mKantorze (aplikacja dostępna w ramach konta internetowego) eurasy po całkiem niezłym kursie, system Ci pobiera odpowiednią kwotę z konta złotówkowego i natychmiast te pieniądze się pojawiają na koncie EUR. Ponieważ mam aplikację w telefonie, to na bieżąco sobie uzupełniałam konto eurowe. I wszędzie płaciłam kartą, bez żadnych dodatkowych prowizji albo kosztów przewalutowania po nieprzyjaznym kursie międzybankowym. A założenie konta prościutkie, kilka kliknięć i po 5 dniach roboczych karta przyszła do mnie pocztą. (Jakbyście też zakładali, to chyba tam można podać, kto Was do tego namówił ;)

10. Genua.
W Genui poszliśmy do Akwarium. Podobno największe w Europie, na pewno bardzo drogie (25 EUR od twarzy) i bez dwóch zdań warte swojej ceny. Spędziliśmy tam ze 3 godziny, a moglibyśmy dłużej, gdyby nie to, że parking nam cykał (1,8 EUR za godzinę na parkingu przy centrum handlowym w Starym Porcie), a kręgosłup bolał od tempa muzealnego. Czy Wy też tak macie, że bez problemu możecie iść szybko i daleko, ale gdy zaczynacie się przemieszczać w tempie ekspozycyjnym, to za chwilę boli Was kręgosłup lędźwiowy?
Poszliśmy też na wystawę Alfonsa Muchy w Palazzo Ducale. Bilet łączny (15 EUR) dał nam dostęp do kilku wystaw fotografii i wejście na wieżę, w której przetrzymywani byli więźniowie.
Przeszliśmy się Via Garibaldi, wzdłuż której stoją pałace zbudowane w XVI wieku, niektóre dostępne do zwiedzania.
Połaziliśmy wreszcie pod starówce i weszliśmy do katedry, a potem wróciliśmy do dzielnie zaparkowanego auta w strefie bezpłatnej, tuż za dworcem. Nie do końca wiemy, jak to możliwe, że parkowanie było tam darmowe, bo kilkaset metrów bliżej starówki było po 2,5 EUR za godzinę, a kilkaset metrów dalej po 1,5 EUR, ale przypadkiem nam się udało znaleźć miejsce dokładnie tutaj.

11. Internet.
Chcieliśmy kupić lokalną kartę SIM (były jakieś opcje za 20-30 EUR za 5 GB, bodajże w TIM albo w Vodafone), ale przylecieliśmy za późno, tuż przed długim weekendem, więc ostatecznie uruchomiłam polski pakiet roamingu internetowegp w Njumobile, 50 zł za 1 GB do wykorzystania w 30 dni. Prędkość internetu była bardzo słaba, bo siedzieliśmy na wsi, przy tetherowaniu jeszcze słabsza (jedno łącze dla czworga), ale jednak wystarczało, żeby opublikować zdjęcie na instagramie albo pokłócić się w internetach. I żeby stwierdzić, że pociągiem do Cinque terre nam się nie chce, bo nie dość, że 2,5 godziny w jedną stronę, to jeszcze chcą 25 EUR za osobę. A samochodem daleko i męcząco. I zapewne nie uda się zaparkować.
Zużyłam połowę, resztę internetu wezmę ze sobą na Eurobike pod koniec miesiąca.

Mam niejasne wrażenie, że gdybym próbowała zaplanować ten urlop trochę wcześniej, to bym spędziła masę czasu na szukaniu najlepszych opcji i najciekawszych dróg zwiedzania, a ostatecznie i tak byśmy spędzili połowę czasu nad basenem z kieliszkiem wina w ręku. Już wiem, że gdy mam tylko tydzień do dyspozycji, to nie ma sensu lecieć, pędzić z wywieszonym językiem i zaliczać kolejne dobra kultury i sztuki. Czasami trzeba po prostu sobie pospać do południa i obudzić się od dźwięku pierwszego przejeżdżającego pod domem samochodu.

A potem przewrócić się na drugi bok.