sobota, 1 października 2016

274. O światopoglądach

Jednoznacznie jestem #prochoice. Bo uważam, że nie mam prawa narzucać innym swojego światopoglądu.
Jestem też przeciwna całkowitemu zakazowi aborcji, gdyż państwo prawa nie może zmuszać do heroizmu, a tak postrzegam konieczność donoszenia ciąży po gwałcie lub w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia kobiety. I w innych sytuacjach zresztą też.
Wreszcie jestem za edukacją seksualną od najwcześniejszych lat, gdyż im więcej świadomości i autorefleksji u ludzi w tak ważnej sprawie jak rozmnażanie i posiadanie dzieci, tym większe szanse na sensowny rozwój naszego społeczeństwa (i człowieczeństwa zresztą też).
Jednak równocześnie rozumiem tych, którzy chcą wprowadzenia tej ustawy. Serio. W y d a j e  m i   s i ę , że rozumiem ich logikę.
Nie zgadzam się z ich światopoglądem, ale rozumiem, czemu walczą.
Najbardziej bym chciała, żebyśmy się dogadali.
Ale wiem przecież aż za dobrze, że w sytuacji konfliktu wartości, dogadanie się jest właściwie niemożliwe. Dlatego siedzę sobie i rozkminiam i próbuję przerobić te wartości na racjonalne argumenty. I kompletnie mi to nie idzie. Zwłaszcza, że po obu stronach barykady nie mamy spójnych grup, są wśród nas ludzie bardziej i mniej ortodoksyjni, więc każdy opis będzie narażoną na krytykę generalizacją.
Ale spójrzcie.
Z jednej strony są ludzie #prochoice. Ci, którzy uważają, że zbiór komórek nie jest jeszcze człowiekiem, więc prawa człowieka go nie dotyczą. Ci, którzy walczą o wolność i godność kobiety i o to, żeby nie traktowano jej ciała przedmiotowo i inkubatorowo. Ci, którzy mówią o bardzo poważnych konsekwencjach społecznych i psychologicznych zakazu aborcji. Ci, którzy moment powstania człowieka (a zatem narodzenia jego praw) umieszczają gdzieś na dużo późniejszym etapie ciąży (tu chyba nie ma jednej odpowiedzi, kiedy to jest dokładnie, ale na pewno nie wtedy, gdy połączony plemnik i jajeczko jeszcze się nie zagnieździły, a i zapewne nie wtedy, gdy mamy do czynienia zaledwie z zarodkiem. Prawdopodobnie również nie wtedy, gdy zarodek nie ma większości narządów. A może nawet nie wtedy, gdy płód nie czuje jeszcze bólu (niektórzy twierdzą, że odczuwanie bólu ma miejsce nie wcześniej niż w 7 miesiącu ciąży).
Z drugiej strony ludzie #prolife. Dla nich moment powstania człowieka jest wtedy, gdy połączą się dwie komórki - plemnik i jajeczko. Uważają, że to jest dokładnie ta chwila, ponieważ od tego momentu wszystko się dzieje już bez ich woli. Według tej logiki, to co podlegało aktowi woli (doprowadzenie do połączenia komórek) już się zadziało, a teraz jest już natura, rozwój i czas. Dla nich nie ma znaczenia, że te dwie komórki, a za chwilę zarodek i płód, są jeszcze niezdolne do samodzielnego życia. Dla nich istotne jest to, że jeśli nie będziemy przeszkadzać, to pojawi się dziecko. Oni uważają, że człowiek jest od wtedy, gdy dalej już samo się dzieje. I dla nich ten właśnie niesamodzielny jeszcze człowiek ma swoje prawa, o które oni chcą zawalczyć. Uważają, że prawo do życia jest istotniejsze niż prawo do komfortu. (tak, wiem, stosując słowo "komfort" używam ich narracji)
I tu jest ten moment, gdy nasze poglądy się spotykają.
Bo gdybyśmy my, ludzie #prochoice, uważali, że zarodek jest już człowiekiem, to także chcielibyśmy jego ochrony. Bo dla nas życie też jest wartością nadrzędną, a komfort psychologiczny i społeczny - choć ważny - to jednak wtórny.
I pójdę dalej: gdybyśmy się dowiedzieli, że gdzieś ludzi bezkarnie się zabija (w kraju o innej kulturze, o innym systemie wartości), to chcielibyśmy walczyć na rzecz tych potencjalnych ofiar.
Więc jeśli wedle tej logiki człowiek powstaje w chwili poczęcia, to ja im się nie dziwię, że walczą o całkowity zakaz aborcji.
I tym samym przyznaję, że nie mam najmniejszego pomysłu, jak rozwiązać ten konflikt wartości.
Bo jak mamy się dogadać, jeśli definicje mamy inne.
Czy oni mają prawo żądać od nas rozszerzenia praw ludzkich na to, czego my nie uważamy za człowieka? Chciałoby się po prostu im powiedzieć, żeby się odczepili od naszych ciał, bo to jest moja decyzja, co z nim robię,
ale jednocześnie jeśli wiem i rozumiem, że dla nich jest w tym moim ciele Człowiek, to czyż nie powinnam co najmniej ich szanować za to, że chcą zawalczyć o to, by ten człowiek miał prawa i by te prawa były przestrzegane?

Zdjęcie z archiwum własnego, Szwajcaria, Rorschach