sobota, 17 września 2016

273. Jak zmieniłam pracę, czyli o coachingu słów parę

Sytuacja wygląda tak, że mam pewną pilną pracę do wykonania dzisiaj wieczorem, w związku z czym w ciągu ostatnich dwóch godzin wstawiłam zmywarkę, wstawiłam pralkę, rozliczyłam wyjazd do Szwajcarii (ach, nic o nim tutaj nie pisałam, ale to ten mój doroczny wyjazd na targi rowerowe, więc w sumie nic nowego, no może poza tym, że warto sobie ściągnąć apkę szwajcarskich kolei, bo można tam upolować trochę lepsze ceny za bilety pociągowe, tzw. supersaver offers), zrobiłam porządek z dokumentami tzw. bieżącymi (mam takie pudełko, w którym trzymam dokumenty, które mogą się przydać w miarę często, bo skoro w domu Radek mi zajął biurko, to musiałam się przenieść do pudełka. Nie, chyba nie ma sensu tego komentować. Przyszedł i zajął. Po prostu.), i rozliczyłam też sierpień księgowo. I ogólnie czuję się bardzo uporządkowana i rozliczona, a pilna praca czeka. Mam pliki pootwierane, i już nawet trochę liznęłam, ale jeszcze tyle innych rzeczy do zrobienia zanim człowiek wreszcie siądzie na dupie i zacznie analizować.

A zatem notkę napiszę.

O predyspozycjach zawodowych. I o tym, co tak naprawdę się zadziało w moim życiu zawodowym w ostatnich miesiącach, bo wykonałam dość konkretną voltę. I o tym, że w realizacji marzeń ważna jest umiejętność ustawiania sobie właściwych celów, bo jak już wiem, czego chcę, to potrafię to osiągnąć. Ach, i jeszcze jedno - o tym, że warto być cierpliwym. Nigdy nie byłam, a tym razem się bardzo przydało.

Opowiadanie Wam o tym wszystkim jest nieco kłopotliwe, chcę to od razu podkreślić. Bo zmiana pracy i ogólnie refleksja na temat rozwoju własnego i stawiania sobie celów, jest dość intymnym wydarzeniem. A skoro wiem, że mogą mnie czytać osoby, z którymi współpracowałam dotychczas i nadal zresztą współpracuję, jak i osoby, z którymi właśnie zaczynam współpracować, to wiadomo, że mam lekkiego stracha, czy aby wypada o tym wszystkim mówić głośno. Zwłaszcza, że w Polsce się nie rozmawia ani o pieniądzach, ani tym bardziej o swoich planach zawodowych. Więc pewnie będę się trochę miotać w zeznaniach, albo ominę pewne fragmenty. Świadomie i dobrowolnie.

Przyjmijmy zatem, że chciałam zmienić pracę. Niekoniecznie zmienić ją na nową, bo możliwości widziałam wiele, ale przede wszystkim zmienić coś w pracy. I od pewnego czasu zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby to było z jednej strony bezpieczne dla mnie i moich planów życiowo-finansowych, a z drugiej strony sensowne i ciekawe. No i przede wszystkim chciałam to zrobić w sposób kontrolowany.

Poszukałam coacha.

Jak już pewnie wiecie, jeśli czytacie mnie od jakiegoś czasu, lubię korzystać z pomocy ludzi, którzy się znają na tym, co robią, i mogą mnie wesprzeć w zmianie. Kiedy chciałam schudnąć, poszłam do dietetyczki. Kiedy chciałam poznać siebie lepiej i zmienić pewne skrypty w zachowaniu, poszłam na terapię. A kiedy zdecydowałam się zmienić pracę, znalazłam coacha.

Najpierw spotkałam się ze znajomą coachką z Poznania, Beatą Dranikowską, i zrobiłyśmy sobie jedną próbną sesję, ze świadomością, że zdalny proces byłby trudny, ale dzięki tej jednej sesji zrozumiałam, że są we mnie rozmaite energie i postaci, które ciągną w różne strony. Nazwałam je sobie, popatrzyłam na nie z zainteresowaniem i zdałam sobie sprawę, że niektóre z nich są fajniejsze od innych, bo te drugie mnie wkurzają tym, że hamują moją chęć do zmian.

Na wielotygodniowy proces coachingowy zdecydowałam się z inną znajomą coachką, Moniką Bełdowską, już tu na miejscu. Spotykałyśmy się raz w tygodniu w spokojnych kawiarniach i drążyłyśmy. Szukałyśmy tego, co mnie hamuje i tego, co mogę z tym zrobić. Patrzyłyśmy na moje zasoby i na to, co jest dla mnie najważniejsze. To właśnie z Moniką zdałam sobie sprawę, że te mniej lubiane fragmenty mnie samej są dość konkretnie przydatne. Bo postacie, które wydawały mi się nadmiernie hamulcowe sprawiają, że decyzje, które podejmuję są bezpieczne. To z Moniką doszłam do tego, co jest moim prawdziwym celem i to z nią przygotowałam się do wykonania tej zmiany.

Ciągnęłam różne wątki równocześnie i pracowałam równolegle nad swoimi emocjami, nad myślami, które z nich wynikały i nad działaniem, które było niezbędne, żeby coś ruszyć do przodu. Wiele różnych wniosków wyciągnęłam z tego procesu, ale najważniejszą, chyba, jest dla mnie świadomość, że inni ludzie nie zawsze chcą usłyszeć prawdę, a gdyby chcieli, to by się zapytali. Mam niejasne wrażenie, że dotychczas funkcjonowałam z przekonaniem, że prawda jest najważniejsza i że wyplucie z siebie nawet najtrudniejszych przemyśleń jest dobre per se. Bo prawda - jak twierdzą mądre księgi - powinna wyzwalać. No więc nie. Nie każdego i nie zawsze.

Nauczyłam się też, że istnieją różne lęki. Jest lęk paraliżujący, który nie pozwala iść do przodu, bo blokuje wszelkie konstruktywne przemyślenia, i jest lęk pomocny i chroniący, dzięki któremu mogę być bezpieczna, bo nie pozwala mi robić głupot. Albo przynajmniej robię je świadomie ;) Dużo się też dowiedziałam o ludziach - że najczęściej traktują innych tak, jak sami chcą być traktowani. I że warto nie brać całej odpowiedzialności za rozmowę z drugim człowiekiem, bo im bardziej potraktuję go jak partnera, tym lepsza to będzie komunikacja.

Gdzieś w połowie tego procesu zdecydowałam się na jeszcze jeden element pracy nad sobą. Wraz z trzecią coachką, Magdaleną Kozioł, zrobiłam sobie test profilowania osobowości zawodowej. Wypełniłam dość długi kwestionariusz online, dostałam kilkudziesięciostronicowy raport, a następnie odbyłam sesję podsumowującą, w czasie której porozmawiałyśmy o tym, jakie są moje predyspozycje oraz w jakim zakresie powinnam znaleźć sobie tzw. protezy, czyli wsparcie zewnętrzne, które mi pomoże w życiu zawodowym. Usłyszałam też, jakie czynniki mnie motywują, a jakie demotywują (och, totalnie zaskoczenie, nie powinnam wykonywać prac rutynowych i powtarzalnych!), a także jakie mam cechy wyróżniające na tle pozostałych. Warto zaznaczyć, że kwestionariusz został przygotowany w Polsce, przez polskich badaczy, więc jest całkiem dobrze dostosowany do naszych realiów.

To, czego się o sobie wówczas dowiedziałam, mnie w gruncie rzeczy nie zaskoczyło (że na przykład raczej dążę do celu niż skupiam się na ugodowym i prostolinijnym dbaniu o relacje), ale dało mi realne potwierdzenie tego, co o sobie sądziłam (że wcale nie jestem taka pewna siebie, jakby się mogło wydawać). A spotkanie podsumowujące pozwoliło mi zrozumieć, jak jest zbudowany ten test, jakie bada wymiary i co z tego może wynikać dla moich preferencji zawodowych oraz do czego się rzeczywiście nadaję (wiadomo, nawet słoń może się nauczyć baletu, ale łatwiej mu wychodzi gra na instrumentach dętych, a życie nie jest po to, żeby je sobie utrudniać).

Bardzo polecam ten kwestionariusz wszystkim, którzy by chcieli się czegoś o sobie dowiedzieć, a także tym, którym się wydaje, że do niczego się nie nadają.

No bo właśnie, jeszcze czegoś się nauczyłam przez te kilka miesięcy. Że mam z pewnością pewne cechy wyróżniające i że nie ma sensu z nimi walczyć. Bo z każdej cechy można zbudować jakąś zaletę i jeśli - załóżmy - jestem głośna i widoczna, to warto to wykorzystywać, a nie się wstydzić. Trochę to trywialne, to prawda, ale jednak potrzebowałam wielu lat, żeby zrozumieć, że mój wzrost, moje przekonania, moja płeć czy inteligencja to cechy, które nie determinują nijak porażki albo sukcesu. One mnie - rzecz jasna - tworzą i tworzą pewne realia mojego życia, ale im szybciej nauczę się z nimi żyć, tym łatwiej mi będzie z nich korzystać. Bo inność staje się wadą dopiero wtedy, gdy sami nie potrafimy sobie z nią poradzić. Lub gdy cały świat nam próbuje wmówić, że tylko jednorodność jest właściwa.

No więc szukam tych swoich wyróżników i sprawdzam, co mi sprawia przyjemność, a co jest bez sensu. Choć i tutaj daję sobie prawo do błędów i zmiany zdania, bo tak wiele razy już się okazywało, że coś, czego nie lubiłam, nagle zaczęło mi sprawiać frajdę, że już kompletnie wyrugowałam ze swojego słownika wszelkie "zawsze" i "nigdy".

Tymczasem wracając do procesu coachingowego: wszystko zadziało się równocześnie. Rozmowa, którą planowałam przez wiele tygodni, trwała jakieś 10 minut. Powiedziałam dokładnie to, co chciałam, jak chciałam i nie powiedziałam tego, o czym nie było sensu rozmawiać. Dogadałam swoje rozstanie z poprzednią firmą w takim zakresie, w jakim sobie to zaplanowałam, i uzgodniłam wszystko to, co było na tamten moment niezbędne z moim nowym - wymarzonym - miejscem pracy.

A potem już było jak w filmie. Na przyspieszeniu widać Cywińską, która przez wiele dni porządkuje swoje biurko, przekazuje swoje sprawy, trochę wyjaśnia, co i jak, ale też we właściwy sposób ogarnia te zadania, które zabiera ze sobą, aż wreszcie żegna się z dotychczasowymi współpracownikami przy serniczku i tarcie, bierze kartonik (niewielki) pod pachę, dochodzi do auta, pakuje rzeczy do bagażnika i w tym właśnie momencie dzwoni jej telefon, o 17h10, i jest to jej nowa szefowa, która chce ustalić, kiedy zaczną działać razem. Cywińska się śmieje do aparatu, wsiada do auta i powoli odjeżdża, a potem - gdy już odłoży telefon - przejeżdża przez most nad Wisłą i ociera parę łez z oczu.

Bo jest jednocześnie szczęśliwa, smutna, podekscytowana, wymęczona, zestresowana i spokojna.
No, cała Cywińska.