piątek, 18 sierpnia 2017

303. Stopklatki w drodze


W poprzednim poście pisałam, czym są moje stopklatki. Dzisiaj dalszy ciąg.
* * *
Tegoroczne wakacje spędzamy w Polsce. "Całe trzy tygodnie urlopu, a ja nigdzie nie wyjeżdżam" - taką miałam myśl jakiś czas temu, ale za chwilę zdałam sobie sprawę, że nie tylko nie mam ochoty na sierpniowe zwiedzane mniej lub bardziej turystycznej Europy i nie pragnę zalogować się w pięknym hotelu, ani spędzić tego czasu w basenie lub na leżaczku, ale to jeszcze coś: tym razem chcę odpocząć od nadmiaru bodźców, i Polska jest do tego idealna. Była więc Suwalszczyzna z rodziną, jest Dolny Śląsk bez napinki, i za chwilę jadę nad morze. Będę pisać.
* * *
Koleżanka pyta, co jest tak złego w all inclusive, że ludzie się z tego śmieją i mówią, że tak nie należy. Przecież dostaje wszystko (nomen omen) na talerzu, dziećmi się zajmą, a ona realnie odpoczywa w miłym towarzystwie i w wygodnym hotelu. Mnie się wydaje, że brakuje nam akceptacji faktu, że różni ludzie mają różne potrzeby. Niektórzy chcą podróżować, poznawać wszystko, co nowe i każdego dnia nocować gdzie indziej, może z kim innym, a na pewno inaczej. Inni chcą po prostu się wyspać i poczytać książki, na które w ciągu roku nie mają czasu. Jeszcze inni chcą zapewnić fajne atrakcje swoim dzieciom, ale niekoniecznie w tych zajęciach uczestniczyć. A kolejni chcą mieć czas dla siebie, na przemyślenie swoich wewnętrznych spraw, albo na przegadanie ich z najbliższymi. Każda z tych potrzeb, a przecież wymieniłam tylko kilka, to kompletnie inny rodzaj wyjazdu. Inne miejsce. Inna dynamika.
Niewielu jednak z nas ma umiejętność myślenia o innych z ich punktu widzenia, a nie ze swojego. W psychologii nazywa się to zdolność do decentracji.
* * *
Najlepiej mi się myśli w interakcji, więc uwielbiam rozmowy z bliskimi. W zeszłym tygodniu udało mi się na moment spotkać z przyjaciółką w warszawskiej kawiarni. Usiadłyśmy w wygodnej kanapie (Cafe Nero przy pl. Unii Lubelskiej), ja podciągnęłam nogi i przykryłam je chustką, bo tak lubię, gdy rozmawiam o rzeczach, i omówiłyśmy wszystko to, co ważne. M. na ten przykład twierdzi, że ja nie oceniam ludzi. Że nie mam takiej potrzeby. A jeśli to robię, to bez nadawania tej ocenie wartości moralnej. I chyba tak rzeczywiście jest. Ludzie są dla mnie różni, wiadomo. Ale to, że coś robią inaczej ode mnie, albo że mają kompletnie inne predyspozycje, nie jest w mojej głowie ani dobre, ani złe. Czasami mnie to rzecz jasna wkurza, ale to nie zmienia faktu, że oni po prostu tacy są. Przyznam, że w takim codziennym kontakcie, nieocenianie bardzo upraszcza życie. Zwłaszcza, że nadawanie ludziom etykietek bywa niezwykle mylące. Mnie się może wydawać, że ktoś jest leniwy i że mu się nie chce, a on po prostu nie potrafi i boi się o tym powiedzieć głośno.
* * *
Dwóch rzeczy wyjątkowo nie lubię. Kłamstwa i biernej agresji. To pierwsze powoduje, że bardzo ciężko mi znaleźć wspólny język: ktoś, kto mnie okłamuje, sprawia, że nie mogę o nim myśleć prawdziwie, bo nie tylko brakuje mi danych (choć oczywiście nigdy nie dostaję całej prawdy), ale jeszcze te, które mam, są błędne. I chociaż wiem, że kłamstwo jest najczęściej wyrazem słabości i lęku, to ciężko jest mi to zaakceptować. Niektórzy kłamią, żeby nie ranić. Intelektualnie to rozumiem, emocjonalnie jest mi to obce. Mnie rani brak prawdy.
A bierna agresja? Sama taka bywałam, sama taka bywam, pewnie dlatego jestem na to cięta u innych. Lubię więc przebywać z ludźmi, którzy mają choć odrobinę autorefleksji i samoświadomości i potrafią wyjaśnić swoje zachowanie i swoje emocje. Bierna agresja jest formą komunikacji stosowanej mniej lub bardziej świadomie, gdy powiedzenie głośno o tym, co nie jest w porządku, wydaje się niemożliwe, więc dana osoba odwołuje się do komunikatów pozornych lub pośrednich. Takie komunikaty też przekazują ładunek emocjonalny, ale ich treść jest zazwyczaj neutralna lub unikająca. A biedny odbiorca nie wie, czemu spokojne z pozoru teksty rozmówcy go wkurzają i wyprowadzają z równowagi.  
Tak, realnie nie lubię ludzi kłamliwych i bierno-agresywnych.
* * *
Brzeg - miasto powiatowe w województwie opolskim. Zwiedziliśmy dzisiaj Zamek Piastów Śląskich.  (kasa biletowa czynna do 16:00, normalny 10 zł, ulgowy - honorują legitymację pracowniczą z UW! - 6 zł). Bardzo zgrabnie podana wiedza. Nie w nadmiarze, a przede wszystkim bez zadęcia. Półtorej godziny nam zajęło przespacerowanie się po kilku piętrach. Najlepiej zapamiętam chyba kryptę z sarkofagami, wśród których sarkofażek Krystiana Alberta, wnuka Jana Krystiana i Doroty Sybilli. Chłopiec miał 2,5 miesiąca, kiedy zmarł i pozostawił rodzinę bez spadkobiercy. 
Natomiast w gablotach na II piętrze widnieje piękna kolekcja monet, także takich z XII wieku. Każda z nich ma trochę inny kształt, trochę inną wielkość i z pewnością nieco inne tłoczenie. Wobec takich różnic zastanawiałam się, w jaki sposób sprzedawca wiedział, że to, co mu kupiec przekazuje, jest prawowitym środkiem płatniczym. 
Ach i koniecznie wejdźcie do kościoła obok - są w nim niesamowite osiemnastowieczne freski (z tzw iluzjami), wykonane przez Johanna Kubena, jezuitę. 
* * * 
Brzeg jest także uroczym miasteczkiem pełnym starych i zniszczonych kamienic poniemieckich. Chodzi się po jego ulicach trochę jak po praskiej stronie Warszawy. Pomieszanie z poplątaniem, gęsta zabudowa, co chwila jakieś ruiny i przejścia między domami. Albo kościół franciszkański (a raczej jego resztki) przyklejony do sąsiadującego budynku, przez co całość jest objęta nadzorem konserwatorskim na okoliczność bycia zabytkiem. Za winklem most, za mostem cypel (a właściwie wysepka), na niej kolejne budynki, które u nas by posłużyły za squaty. A na samym końcu miłe zejście do Odry i lokalna plaża. Panowie piją piwko, widać jest jakiś pakt o nieagresji z policją. Ale podobno rzeka bywa wirowa i niedawno chłopak zginął, gdy próbował ratować dziewczynę, która wskoczyła za swoim telefonem. Ona wyszła bez szwanku, jego już nie ma. 
Chodziłam po Brzegu i zachwycałam się jego niepolskim klimatem. A potem pojeździliśmy autem i odkrywaliśmy coraz to piękniejsze uliczki ze zniszczonymi, ale prawdziwymi kamienicami. I dworzec z cegieł z placem dworcowym. W Brzegu mogłabym umieścić akcję kryminału, gdybym potrafiła je pisać. Musiałabym tam zamieszkać na jakiś czas, ale małe miasteczka mają ten fajny klimat, że tam się właściwie nic nie zmienia. W księgarni dostaliśmy Macierewicza Tomasza Piątka. Będzie czytane. A w barze na rynku pokaźna porcja pierogów z mięsem za 5,90. 
Sąsiednia Oława już niestety typowo polska - pasteloza, rama H, bloki 4-5 piętrowe, co chwilę kolejny sklep spożywczy i kościoły podobne do kury. Uciekliśmy czem prędzej. 
* * * 
Póki co lubię mieszkać w mieście, w centrum miasta, dwa kroki do metra, pięć kroków na bazarek, w kwadrans autem do ścisłego centrum i w drugi kwadrans na autostradę. Przyglądam się jednak innym opcjom. Dom we wsi pod większym miastem? Tak, ale raczej nie na osiedlu suburbiów, bo odległość do sąsiadów za mała. Mieszkanie w kamienicy w mieście powiatowym? Czemu nie, w Brzegu można kupić kawalerkę za 75 tys., acz obawiam się, że to by było tylko na moment. Bo mnie nosi, wiadomo. Dom w lekkim oddaleniu od wioski, nie tak, że w środku lasu, ale jednak z kwadrans się idzie do najbliższego sklepu, czy dwóch, a kolejne w odległości 30 km? Za daleko, obawiam się. Bałabym się tego potwora, co wyjdzie z lasu i jeśli mnie nie zabije, to będzie mnie podglądał przez wielkie okna. Bo chcę mieć wielkie okna z wielkim widokiem. Czy robi się szyby na wpół weneckie, co to z mojej strony wszystko widać, a z zewnątrz już nie bardzo? 
* * * 

Nie ciągnie mnie do domu.